Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieggórski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieggórski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2015

Dycha na 5 - bieg górski w centrum Polski.


Tytułowa impreza to górski bieg przełajowy rozgrywany w centrum Polski  - Piątkowisku. Trasa liczy 10 km, a prawie 6 kilometrów biegnie się tu po torze motocrossowym. Limit czasu wynosi 1h30'. W efekcie jest ona jedną z cięższych w województwie łódzkim i daje ogromną satysfakcję z ukończenia zmagań. 


Pierwsze 2 kilometry pokonałam w towarzystwie Szymona, również ambasadora Festiwalu Biegowego. Trasa była prosta, ale pogoda męcząca. Słońce i duchota szybko dały o sobie znać. 
Kolejne 3 kilometry to już pętla po rzeczonym torze - kolokwialnie mówiąc: góra, dół. Momentami trzeba było się mocno trzymać na nogach, a o poślizg było bardzo łatwo. 


Następny fragment trasy dawał okazję odrobinę odpocząć, biegnąc po lesie. Po chwili musieliśmy ponownie wrócić na tor na kolejną pętlę. Zbliżała się godzina 12:00, żar z nieba w połączeniu ze zmęczeniem był już bardzo odczuwalny. Zbiegając z toru jedna z wolontariuszek krzyknęła do mnie - "Będziesz wysoko w klasyfikacji, gnaaaaaaj!". 


Nie miałam zatem wyjścia i ostatnie 3 kilometry pobiegłam ile tylko sił w nogach i płucach. Na ostatnim fragmencie było już bardzo ciężko, ale zacisnęłam zęby i dobiegłam jako siódma kobieta! Na mecie - w zależności od uzyskanego miejsca - pierwsze 50 osób otrzymywało złote medale, kolejne 70 - srebrne, a pozostali - brązowe. Zawodnicy byli również nagradzani w kategorii "Najlepszy góral" i "Najlepsza góralka". Moim celem było zdobycie srebrnego krążka. 


Dodatkowo udało się zająć 2. miejsce w kategorii wiekowej K20.


W piątkowickim biegu naprawdę warto wziąć udział. Mimo ciężkiej trasy, satysfakcja ze startu tutaj jest ogromna!

poniedziałek, 4 maja 2015

Głowa, nogi i serce, czyli relacja z Wielkiej Prehyby.

Tegoroczna edycja Biegów Górskich w Szczawnicy miała miejsce 25 kwietnia 2015. Należała do wyjątkowych ze względu na rozgrywane Mistrzostwa Polski w długodystansowym biegu górskim. Zawodnicy mieli do wyboru cztery różne trasy – Hardy Rolling (6km), Chyża Durbaszka (20,2km), Wielka Prehyba (43,3km) oraz Niepokorny Mnich (96,5km).
430 śmiałków (wraz ze mną) postanowiło pokonać maraton. Tylko (lub aż) 13 zawodników nie ukończyło tego dystansu. Limit czasu wynosił 10 godzin.

Na kilka dni przed startem zaczęłam się stresować. Maraton górski – czy na pewno podołam, w końcu to góry, inne powietrze, prawdziwe podbiegi, profil trasy lekko przerażający, a w tym wszystkim ja, mała kobietka z centrum Polski.
Gdy dojechałam do Szczawnicy i dostałam numer startowy poczułam MOC. Wiedziałam, że jutro spełnię jedno z marzeń – ukończę swój pierwszy maraton górski. Po raz kolejny będę miała okazję zmierzyć się ze słabościami, jakie czyhają na królewskim dystansie oraz pokazać sobie, że granice są tylko w głowie.  

Z Michałem w biurze zawodów.

Sobota.
Pogoda w dniu startu nie rozpieszczała biegaczy. Słońce mocno przygrzewało, było duszno, a nadchodzący zawodnicy potęgowali u mnie i tak już wysoki poziom stresu. Czułam, że jestem słaba (dosłownie i w przenośni), a otaczający mnie tłum ludzi to górscy wyjadacze.

Z Michałem przed startem.

  Z Marcelem. 
Fot. KOŁO

„Co ja tu robię i na co ja się porwałam …”
Wybiła godzina 9 i ruszyliśmy przed siebie. Pierwsze 2 km pokonaliśmy po asfalcie, a następnie skręciliśmy w stronę Dzwonkówki żółtym szlakiem. Od tego momentu zaczęła się wędrówka. Przez następne 2 km droga prowadziła mocno pod górę. Był to chyba najbardziej kryzysowy moment na całej trasie. Serce mi waliło jak oszalałe, było mi duszno i myślałam, że się przewrócę. Czułam się jakby ktoś włożył mnie do piekarnika i nastawił na 220 stopni! Przeklęłam w duchu moment, w którym zdecydowałam się na ten bieg. Miałam ochotę zejść, zawrócić, ale było mi wstyd i nie miałam racjonalnego wytłumaczenia „czemu?”. Wszyscy we mnie wierzą, więc dam radę! Poza tym spojrzałam w lewo …

  Ten widok dodał mi odrobinę motywacji.

Na 4 km odrobinę się wypłaszczyło, więc złapałam oddech i psychicznie przygotowałam się do mozolnego podejścia na Dzwonkówkę. Na tym odcinku wlałam w siebie ogromne ilości wody, aby jakoś przetrwać na tej „patelni”. Na szczycie miałam już 7 kilometrów w nogach, 550m w pionie, a wszystko powoli zaczęło się klarować.

Dziękuje Ci Boże za śnieg, który stworzyłeś!
Przygotowując się do maratonu, zazwyczaj rozkręcałam się na ok. 7 km. Tak było i tym razem. Dodatkowo czekał na nas prawie 3 km zbieg! Możecie sobie wyobrazić, jaka była moja radość, gdy mogłam zbiegać niczym górska kozica. Moje buty fantastycznie trzymały się na kamieniach. Czasem nawet jak chciałam chwilę odetchnąć to nie mogłam, bo ciało samo leciało w dół, aż … zatrzymałam się na wystającym korzeniu. Przyznam, że nie sądziłam, że zbiegi będą aż tak strome, a zakręt pojawi się znienacka. Po zderzeniu z pokaźnym konarem, otrzepałam ręce i dalej pognałam w dół.
Przez kolejny kilometr mieliśmy do pokonania ok. 300 m w górę. W połowie znowu zaczęło mi się robić duszno. Żałowałam, że przed startem oddałam kijki, a tak bardzo by teraz się przydały. Wtem przede mną ujrzałam dziewczynę ze zwykłym kijem. Zaczęłam pukać się w głowę – tyle lat człowiek po górach chodzi i tyle razy brał zwykłego badyla z lasu by się podeprzeć. Szybko znalazłam kij i … było o 120% lżej! Co więcej, zobaczyłam śnieg, który w pierwszej sekundzie mnie przeraził, w kolejnej już ratował mi życie. Zaczęłam przykładać do twarzy i karku. O jeżuniumalusieńki … ekstaza i radość dziecka!
Trasa zaczęła być bardziej łagodna, ale za to musieliśmy się zmagać ze śliskim śniegiem i błotem. Do Schroniska Na Przechybie biegliśmy trzyosobową grupą, która nawzajem się motywowała i ostrzegała. Punkt odżywczy znajdował się na ok. 14 kilometrze na Hali Przechyba. Był bardzo dobrze zaopatrzony. Dwa kubki izotonika, wody, dwie połówki banana i w drogę, bo ekipa ucieka.

Radziejowa, czyli przeżyjmy to jeszcze raz.
W sierpniu 2014 roku miałam okazję brać udział w „Biegu na Radziejową”, którego początek miał miejsce w Piwnicznej Zdrój. Przyznam, że jak przypomnę sobie ten 10 km podbieg na tę piekielną górę to chyba już zawsze szczyt Radziejowej, będzie kojarzył mi się męką.
Tym razem nie mogło być inaczej. Trasa falowała do 17km. Buty „jeździły” mi po śniegu i starałam się biec ostrożnie. W pewnym momencie noga ześlizgnęła mi się tak, ze wpadłam po kolana w śnieg, a raczej w wodę pod tym śniegiem. Próbując się wydostać, umoczyłam się jeszcze bardziej. Kolejne km pokonywałam, więc z wodą w butach, co nie należało do komfortu. Podejście pod Radziejową (nie ważne czy od strony Szczawnicy czy Piwnicznej) jest zawsze drogą przez mękę. Powtarzałam sobie w myślach, że jak już tam wejdę to będzie w dół. Drogę do Obidzy (drugiego punktu odżywczego), kojarzyłam bardzo dobrze. Oprócz jednego dłuższego podejścia, jak szalona będę mogła pędzić w dół! Nie przypadkowo, gdy dotarłam na Radziejową, na twarzy pojawił się uśmiech. Koniec gorszego odcinka trasy. Teraz będzie już tylko lepiej. 19 km pokonane głową, 823 m w górę i 3,15 h na zegarku. Czas w końcu trochę zmęczyć nogi.  


Takie widoki czekały na zbiegających z Radziejowej.

Droga do Obidzy była naprawdę dość przyjemna. Słoneczko lekko zaszło, wiatr zaczął wiać. Mimo, że na zbiegach zaczęłam czuć lekkie przeciążenie stopy do wewnątrz, obyło się bez postojów. Na 23,5 km był punkt odżywczy. Nalałam izotonik do butelki, zjadłam bułkę, banana i w drogę. Kolejne pół km należało pokonać pod górkę, więc postanowiłam wyruszyć na spokojnie, aż zakąski się dobrze „ułożą”. Udało mi się spotkać po drodze Przemka, którego relację czytałam rok temu i w sumie dzięki niemu zdecydowałam się na Szczawnicę.

Przez kolejne 3 km byłam skazana na samotność. Nikogo przede mną, nikogo za mną. Trochę się wystraszyłam, że może pomyliłam drogę, ale ciągle na drzewach pojawiały się taśmy, więc żyłam nadzieją, że za rogiem zobaczę jakiegoś biegacza. W międzyczasie musiałam jeszcze zmienić plaster i pierwszy raz w życiu podczas biegu złapał mnie skurcz. Jęknęłam przeraźliwie z bólu. Nie mogłam za cholerę dać sobie rady. Klęłam pod nosem, ale to nic nie dawało (niestety!). Gdy ustało, szybko się otrzepałam i pobiegłam licząc na to, że już się nie powtórzy.

  
„ – O jeżuniumalusieńki …
- Spokojnie, ta górka tylko tak strasznie wygląda.”
Gdy dobiegłam do 28 km, ukazała przede mną się magiczna przełęcz Rozdziela. Widoki niesamowite. Uważam, ze chociażby dla tego warto pomęczyć się przez te 43 kilometry. Myślałam jednak, że już żadnych dłuższych podbiegów nie będzie. A jednak …
Przycięłam krótką pogawędkę z pewnym Panem, który zmagał się ze skręconą kostką. SZACUN! Ja prawdopodobnie doceniłabym fakt, że jakimś cudem do Szczawnicy przygotowałam się bez poważniejszych kontuzji i bym zeszła. Zdrowie najważniejsze. Ów Pan biegł już trzeci raz i powiedział po moim żałosnym jęku, że TA górka wygląda tylko strasznie, choć w rzeczywistości jest łatwa. Po takiej rekomendacji z optymizmem ruszyłam przed siebie. Stosunkowo szybko zderzyłam się z rzeczywistością i zrozumiałam, że ten Pan jest dość dowcipny, bo podbieg okazał się długi i męczący, a dodatkowo załączył mi się syndrom kurczaka w piekarniku.


Bieganie z kobietą ze stali.
Od jakiegoś 30 kilometra motywowała mnie Marzenna. Jak widziałam, że biegnie, to nie było mowy o niechcemisiu i trzeba było działać. Był to chyba jeden z przyjemniejszych odcinków dla mnie, mimo kamienistych podbiegów i ogromnej ilości błota. Jednak bieganie z ludźmi z ogromną energią życiową jest zdecydowanie lepsze niż miłośnikami życiówek. Do schroniska pod Durbaszką było kolokwialnie mówiąc ciekawie – błoto (darmowe spa!), kamienie, skały, powalone drzewa (dobrze być niską i zwinną) oraz ostre zbiegi. Przyznam szczerze, że było mi wszystko jedno czy przez moje buty płynie woda czy błoto. Jak się bawić to na bogato! Przyjechałam tu sponiewierać się i ukończyć maraton górski, a nie na wybieg.
Gdy udało nam się dotrzeć na czubek dowolnego podbiegu, radość była ogromna. Choć przed nami było jeszcze kilka takich skalnych górek do pokonania, wiedziałyśmy ze damy radę. Turyści po drodze bili brawo i kibicowali. FANTASTYCZNE uczucie – ogromne dziękuję!
Trzeci i ostatni punkt odżywczy przyciągał mnie niczym magnes. Zbiegłam do niego jak najszybciej tylko mogłam. Dwa łyki coli, przepite herbatką, banan i w drogę.  
  
Fot. Piotr Dąbrowski

Łzy szczęścia i niedowierzania.
Kolejny km zmagałam się z kolką. Zaciskałam zęby, żeby zbiegi pokonywać biegiem, a tylko pod górę podchodzić, lecz uporczywy ból mnie blokował. Wtedy zadzwoniła do mnie siostra i zapytała gdzie jestem i jak się czuje. Do końca zostało ok. 7,5 km, bolał mnie tylko kręgosłup. Wiedziałam, ze chociaż miałabym się czołgać, a kryzys dopiero nadejść – ukończę to! Jeszcze spojrzałam w lewo, a przede mną ukazały się Tatry.



Były na wyciągnięcie ręki. Łzy popłynęły strumieniem po policzkach. Zdałam sobie sprawę, że zrobię to. Będę maratonką górską, a nagroda za ten wysiłek właśnie jest przed moimi oczami!

Kolejne kilometry pokonywałam w samotności. Choć wydawało mi się, że zbliżam się do mety, ciągle pojawiały się strome podbiegi. Myślałam, że gps robi mi psikusa, mocno nadliczył trasę i zaraz okaże się, ze wcale nie zostało 5 km, a dużo więcej. Gdy na ok. 3 km od końca zobaczyłam kolegę z mojej miejscowości (tak, świat jest mały! a wolontariusze Pokojowego Patrolu są wszędzie), który powiedział, że to był naprawdę ostatni podbieg, wtedy już nic mi nie przeszkadzało. Frunęłam w dół.
Ostatni kilometr był do pokonania po kostce brukowej, który siłą rzeczy był jednym z trudniejszych odcinków, bo … po płaskim. 800 m pokonałam z Piotrem, który po 20-letniej przerwie w bieganiu postanowił zadebiutować w maratonie w Szczawnicy. Nie biegliśmy, zostawiliśmy ten wyczyn na spektakularny finisz.

  Fot. Julita Chudko

Wtedy ujrzałam Michała i … wiedziałam, ze to koniec. Meta była za 200 m. Poczułam, że nie mam siły, właśnie teraz. Michał jednak zmotywował mnie i nawet udało mi się ukończyć bieg … sprintem. Usłyszałam, że „kolejna kobieta wbiega na metę. Bieg kończy OLA”. Ciary przeszły po plecach. Usłyszeć swoje imię na mecie po 43,3 km w błocie, śniegu, przedzierając się przez chaszcze i przechodząc pod/nad powalonymi drzewami to największa nagroda. Chwilę później zawiesili mi medal na szyi. Miałam ochotę się rozpłakać, ale byłam taka dumna i zadowolona, że nawet łzy szczęścia nie chciały płynąć.  


20 km głową, 15 km nogami, 8 km sercem w 7 godzin i 22 minuty.
Od kiedy wpadłam na pomysł wzięcia udziału w Wielkiej Prehybie, wizualizowałam sobie ten moment, kiedy wpadam na metę, mówią moje imię, zawieszają medal na szyi, a ja z radości nie mogę powstrzymać łez.
Gdy dobiegłam na Radziejową, wiedziałam, że teraz już bliżej niż dalej. Byłam pewna, że chociaż miałabym płakać z bólu, dobiegnę. Po to tu przyjechałam. Aby spełnić jedno z największych marzeń – połączyć bieganie i miłość do gór.
Kończąc w wieku 21 lat swój pierwszy maraton byłam z siebie dumna. To wydarzenie zmieniło mój sposób patrzenia na pewne sprawy. Zrozumiałam, że ból jest chwilowy, a granice są tylko w głowie. Po Prehybie zrozumiałam jeszcze jedno.

Nigdy, przenigdy nie rezygnuj z marzeń! Jeśli ktoś Ci mówi, że nie zrobisz tego – nie słuchaj go, sam nie potrafi i dlatego mówi Tobie, że też Ci się nie uda. Niemożliwe nie istnieje. I chociaż byłoby tak ciężko, że jedyne, o czym marzysz to rezygnacja, zaufaj mi, satysfakcja po dokonaniu tego jest największą nagrodą. Wszystkie wyrzeczenia są naprawdę tego warte. I aby COŚ w życiu osiągnąć nie potrzebny jest gruby portfel, a SERCE!

fot. Wojtek Niezgoda

Serdeczne podziękowania jeszcze raz w kierunku mojej rodziny, znajomych i tych, którzy nigdy we mnie nie zwątpili. Bez Was bym tego nie zrobiła.

sobota, 13 września 2014

Biegacze to wariaci, ale tylko wariaci są coś warci - relacja Festiwalu Biegowego.

Piąty dzień września bieżącego roku. 
Godzina czwarta pięćdziesiąt. Kierunek – Krynica Zdrój, a dokładniej Festiwal Biegowy.
Prawie dziewięciogodzinna podróż mocno wpłynęła na stan moich pośladków, jednak mimo wszystko udało się dojechać bez większych jęków. Z uwagi na pojawiający się coraz to piękniejszy krajobraz, od Tarnowa przebierałam z nogi na nogę. Chciałam już biegać w tej scenerii, wdychać czyste górskie powietrze i łaskotać podniebienie miejscowymi smakołykami.
Wysiadając z PKS-u ujrzałam tłum ludzi. Nie trzeba było się jakoś szczególnie zastanawiać czy to turyści czy biegacze. Większość z nich miała na plecach worek z pakietem startowym. Z Głównego Deptaka słychać było gwizdy, oklaski i gratulacje dla zawodników startujących w pierwszych konkurencjach.  

Odbiór pakietu startowego. 
Szybko, łatwo i przyjemnie. Należało udać się wraz z oświadczeniem, które było wysyłane na adres mailowy, do Domu Forum. Początkowo odbierało się numer, worek z masą ulotek, kolejno koszulkę (bawełnianą, z mocno zawyżonymi rozmiarami, kolejną do spania) oraz informator Festiwalu. Jak na rangę imprezy i opłatę startową, uważam, że pakiet był ubogi. Ach, zapomniałabym! Były czekoladowe draże, tak wspominane w rozmowie o pakiecie startowym. Nie to jest jednak najważniejsze. Grunt to emocje, a ich nie brakowało.

 

Po południu przydreptałam do centrum, by już poczuć tę krynicką adrenalinę. Natrafiłam akurat na dobiegających do mety przebierańców. Zdałam sobie wtedy sprawę, że my biegacze to specyficzna grupa ludzi. Nie jesteśmy normalni. Mamy trochę nie tak pod kopułką, cieszymy się jak dzieci, gdy truchtamy, czerpiemy radość z prostych rzeczy i ćpamy endorfiny nałogowo (i legalnie!).


I tak pewnie nie zrozumie tego nikt, kto nie przebiegł chociażby raz w swoim życiu paruset metrów na treningu (nie mówię tu o dobiegnięciu do tramwaju), nikt, kto nie zaznał darmowego narkotyku, jakim są endorfiny, nie poczuł tych emocji, które towarzyszą na imprezach biegowych.
Mówcie co chcecie, ale pewnych rzeczy i emocji nie kupi się nawet za największe pieniądze. Biegacze to wariaci, ale tylko wariaci są coś warci! 

Sobota – 6 września. 
Poranny widok przez okno zaskakująco ponury. Mgła przykryła całe miasto, a uczestnicy biegu siedmiu dolin, 66k oraz 36k już od trzeciej w trasie. Plan na ten dzień był prosty – start w dyszce i kibicowanie tym, którzy rzucili sobie wyzwanie. 


W okolicach godziny dziesiątej zaczęło się robić gorąco. Widoki były zabójcze, ale ale! Życiowa Dziesiątka zaczyna się o 12, samo południe, asfaltowa trasa, zero cienia. 
Dotruchtałam na miejsce startu. Szybka rozgrzewka zorganizowana przez Runner’s World i do stref czasowych. Start się opóźnił, gdyż czekaliśmy na Marcina Świerca, który miał ostatnie 9km do mety. Można powiedzieć, że niewiele, ale kiedy powiemy, „Ma już za sobą 91km”, brzmi to zdecydowanie inaczej.
Po dobiegnięciu mistrza do mety, uczestnicy dyszki zrobili tunel, przez który przechodził najlepszy ultras w Krynicy i ze szczerą radością przybijał wszystkim piątki, ciesząc się jak mało kto.


3,2,1 … start Życiowej Dychy. Biegliśmy z Głównego Deptaka do Muszyny. Aż 1778 osób skąpanych w południowym słońcu ruszyło w pogoni za życiówką, pokonaniem słabości, przebiegnięcia pierwszy raz dłuższego dystansu. 
Ruszyłam ze strefy 50-54minut, jednak nie było szans na mocniejszy akcent, gdyż zwyczajnie w świecie ludzie startowali ze złych stref i był piękny korek przez pół kilometra. 
Trasa dość przyjemna, asfaltowa, z górki, może ze dwa takie tyciusieńkie podbiegi. Słonecznie, a więc można było spokojnie podziwiać widoki. Miałam taką okazję, gdyż od startu zmagałam się z dziwnym bólem pod żebrem, a potem doszła jeszcze kolka, no i załączył mi się tryb bieg-marsz.
Punkt z wodą był na 6km, bardzo dobrze zaopatrzony. W granicach 7km usłyszałam pierwszą karetkę. Nie dziwiło mnie to. Tłum ludzi, duszno, słońce mocno grzeje. Jednak dalsze kilometry zaczęły mnie przerażać. Średnio co 200m stały służby medyczne, ludzie padali. Nie wiem co było przyczyną. Za pewne w dużej mierze, wpływ na zasłabnięcia miała temperatura – jak nic było ze 30 stopni. Jednak nie widziałam jeszcze czegoś takiego, a paręnaście biegów mam już za sobą.
Pod sam koniec, zaczęło padać. To ostudziło trochę atmosferę, lepiej się biegło. 


META – kibice dali czadu. Zawsze lubię mocny finisz, ale już miałam taki skręt żołądka, że jedynie na co było mnie stać to na doczłapanie się. Medal na szyje, banan w rękę i heja do przodu. Jak widać życiowa dyszka nie okazała się dla mnie życiowa, ale daję plus za piękną trasę, odpowiednio zaopatrzony punkt z wodą, szybką reakcję służb medycznych. 
Po biegu na uczestników czekało kilka autokarów, które odwoziły do centrum. 

Po południu miałam okazję gratulować poprzez mocne klaskanie i zdzieranie gardła zawodnikom Biegu Siedmiu Dolin. Od kiedy pierwszy raz kibicowałam koledze na mecie maratonu, każdy finisz jest dla mnie ogromną emocjonalną przygodą. Mam takie ciarki, gęsią skórkę i łzy mi się cisną do oczu, ze mała głowa. Nie wiem czy jest to fakt, że jestem w pełni świadoma ile Ci ludzie wylali potu, łez i krwi nie tylko na trasie, ale też na treningach. Niepohamowana radość, szczęście i uśmiech rozświetlający mrok – tak mniej więcej wyglądali kończący B7D zawodnicy. 
O ile wbiegający mężczyzna był dla mnie herosem, tak wbiegająca kobieta była dla mnie przemistrzem. Nie dlatego, że jestem kobietą i jakoś mocniej kibicuje tej płci. Wynika to z faktu, że kobiety to nie żadna słaba płeć – możemy równie wiele jak i mężczyźni. To jest niesamowite! 

Niedziele – 7 wrzesień. 
Pobudka piata rano. Szybkie śniadanie – na 3 i pół godziny przed startem (nie chciałam, aby powtórzyła się wczorajsza historia z kolką). Niestety w drodze na półmaraton odczuwałam nieprzyjemny ból pod żebrem. Pomyślałam sobie, że pewnie dzisiejszy bieg skończy się zejściem z trasy. Wczorajsze 10km było dla mnie ciężkie, ale nie dla tego, że nie miałam siły w nogach, czy powietrza w płucach, po prostu wymęczył mnie ból.
Postanowiłam więc racjonalnie podejść do tematu. O ile nie zacznie boleć, będę walczyć. Decyzja zostanie podjęta na trasie.
Na starcie było bardzo mało ludzi, a półmaratończycy z maratończykami rozpoczynali walkę razem. Pogoda idealna – zachmurzone niebo, chłód. Odliczanie i … 


RUSZYLIŚMY. Powoli, bez pośpiechu. O dziwo w czasie biegu bólu nie było. Pierwszy punkt z wodą na 2,5km. Szybki łyk i w drogę. Piąty kilometr w dół i rozłączamy się z maratonem – my w lewo, oni prosto. Skończyła się przepiękna, szybka trasa i zaczął się pierwszy podbieg. Na 5,8km minęłam trzeci wodopój. Na 9km był nawrót. Dużo osób pod górkę już szło, a na zbiegu nadrabiało. Trzeba przyznać, że dzięki tym 500m w dół wiele ludzi odżyło. Dalej trasa prowadziła już tylko w górę, lekko w górę i bardzo w górę. 
W okolicach 12km moje uda zaczęły wariować. Nie dawały rady. Głowa jeszcze walczyła, aby tylko nie iść – dobrze pamiętam z maratonu, pierwszy marsz wywoła następne i następne, a w udach zacznie się jeszcze większa masakra niż podczas biegu. Jednak uległam. Biegłam od drzewa do drzewa, tak wydłużałam sobie trasę biegu i skracałam marsz. 


Do 14,5km jeszcze byłam w stanie czasem biec pod górę, tak za zakrętem, gdy ujrzałam Mont Everest półmaratonu, przeszłam w marsz. Z biegu na Radziejową pamiętam jedno – jak nie da się za bardzo biec to idź, szybkim marszem. Będziesz tak samo szybko jak ten, co biegnie, ale nie wyprujesz sobie płuc, a mięśnie będą wdzięczne. I tak było. Ja szłam – marsz, to szybszy to wolniejszy, a obok mnie dziewczyna biegnie – dosłownie wypruta! Na szczycie podbiegu byłyśmy w tym samym czasie. 
Po tym podbiegu mówiłam sobie tylko, aby do punktu z wodą, aby do następnej górki, aby do ostatnich trzech kilometrów. I tak jakoś udało się przebiec ten ciężki moment. 


Potem było już tylko w dół, dół i w dół. Na 20km zaczęło mnie jednak już odcinać, ale wiedziałam, ze to końcówka. Kibice zaczęli szaleć, nie dało się nie biec. Ich okrzyki niosły. Doczłapałam się do mety prawie ze łzami w oczach. Myślałam, że się nie uda, że będę musiała zejść z trasy. Nie musiałam. Ciało przeszło z głową ogromną walkę.
Być może wydaje się to dziwne, ale dla mnie w Krynicy połówka była moim biegiem 7 kryzysów. Pamiętajmy – każdy ma swój cel, każdy ma swoje wyzwanie i gdy jemu podoła jest zwycięzcą. Dlaczego? Bo walczył!
Cała trasa dobrze oznaczona. Punkty z wodą i owocami rozstawione idealnie! Były tak często, że aż się dziwiłam. Żadnej karetki nie słyszałam, a to wpłynęło pozytywnie na mój stan psychiczny (ten syndrom białego fartucha).


Podsumowując te trzy piękne dni w Krynicy mogę powiedzieć jedno – wielkie wiadro emocji. Towarzyszyły mi one przez każdą minutę. Czułam jak co chwilę dostaje dożylnie lek z mieszanką uczuć, emocji, adrenaliny, bólu, łez, wewnętrznych krzyków i radości. 
W Krynicy zostało „napisanych” ponad siedem tysięcy biegowych historii. Każda osoba stworzyła swoją bajkę, mam i ja! Dorzuciłam do mojej jakże jeszcze skromnej kolekcji biegów górskich, dwa Krynickie. Nie były one może, aż tak górolskie – brakowało trochę trailu, dzikości, bliskości natury, ale były mocne podbiegi. Kryterium spełnione. 
Dla jednych postawione wyzwania były proste. Dla mnie chyba nie były, ale nie mam o to do siebie żalu. Słabe czasy wrzucam do kosza. Nie przyjechałam do Krynicy po życiówkę. Przyjechałam by spełnić marzenia. I cieszy mnie to. Nie biegałam od miesiąca, chorowałam, a na dodatek Achilles przypomniał się, że jest. Dlaczego zatem jestem taka szczęśliwa? Przecież ukończyłam bieg w ogromnych mękach z tak beznadziejnym czasem, że pewnie sporo osób powie, „Co za ŻAL!”.
Ale wiecie co? Mówcie sobie co tam chcecie. Ukończyłam. Walczyłam. Gryzłam ziemię. Łagodziłam ból gadaniem do siebie,  „Jeszcze do tamtego drzewa, jeszcze trochę”. Nie poddałam się.
Czy się udało? Nie, w bieganiu nic się nie udaje. To co widać na trasie, zostało poprzedzone jest mnóstwem treningów. A co to dokładnie oznacza? Opowiem Wam króciutko.

Byłam jeszcze małym brzdącem, gdy rodzice zabrali mnie w góry. Tam się zakochałam. W tych widokach, w tym powietrzu, w drewnianej chatce. Na pierwszym roku studiów, czyli ponad dwa lata temu pierwszy raz wyszłam pobiegać. Było zimno, szaro, ludzie dziwnie spoglądali (w sumie to w tej kwestii nic się nie zmieniło). Przetoczyłam się ponad kilometr. Zawirowało mi w głowie - to te endorfiny. 
Gdyby jednak wtedy ktoś mi powiedział, że w ciągu dwóch lat przebiegnę maraton, pewnie kazałabym się stuknąć tej osobie w czoło. Gdyby jeszcze dodał, że będę biegała po górach, na szczyty Korony Gór Polski, pewnie przyniosłabym dodatkowo młotek do popukania się w głowę. Ale jednak. Stało się. Maraton za mną. Radziejowa biegiem zdobyta. Kolejne górskie biegi też pokonane. Postawiony tegoroczny cel, a więc w szczególności połączenie gór i biegania – spełniony. Udowodniłam sobie i tylko sobie, że mogę. Że jak bardzo mocno chcę to jestem w stanie czegoś dokonać. Wiara przenosi góry. Jedne już przeniesione. Teraz stawiam kolejny cel i będę przenosić następne. Aż przeniosę te największe i najcięższe. Wtedy usiądę sobie u ich podnóża i powiem jedno „Zadanie wykonane”.

Tej historii nie zapomnę nigdy. Dzięki bieganiu poznałam siebie, zaczęłam żyć. Zrozumiałam znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Przekroczyłam granicę, które wydawały się grubym murem nie do przebicia. Nie ma rzeczy niemożliwych. Po prostu, niemożliwe nie istnieje. Dwa ważne cytaty torują moją drogę: „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” oraz „Ból jest chwilowy, duma trwa wiecznie”.

A niech mi ktoś powie, że się nie da. To się zawezmę i udowodnię … sobie, że granice są tylko w głowie.

środa, 13 sierpnia 2014

O tym jak dziewczyna z centrum pokonała górala!

          Po raz kolejny już Polski Klub Adventure Racing zorganizował cykl zawodów Biegaj w Górach. Są to cztery edycje - kolejno w Ustroniu, Karpaczu, Piwnicznej-Zdrój oraz Rabce-Zdrój. Z miłości do biegania i gór postanowiłam zadebiutować w biegu górskim. Co więcej, wbiec na szczyt Korony Gór Polski. Szaleństwo ? Dla mnie ekstremalne! 
 
          Bądźmy szczerzy, prawie każdy biegacz, który już raz wziął udział w imprezie masowej, przegląda kalendarze biegowe i szuka TEGO właściwego biegu. TEGO, w którym sprawi sobie soczystą życiówkę, pokona nowy, (naj)dłuższy dystans, pozwoli wreszcie swoim rywalom oglądać plecy, stanie na pudle, wbiegnie na wyższy szczyt czy po prostu spędzi czas z setką innych wariatów czerpiących taką samą radość jak i my. Nie jestem akurat w tym przypadku oryginalna. Jednak w tym roku postanowiłam – (tylko!) kilka, ale porządnych startów. Lecz to nadal ciężki wybór, biegów jest tysiące! Zawężam zakres, w których połączę pasję gór i biegania. No i jest! 


          Ot co. 9 sierpnia 2014 w Piwnicznej Zdrój --> Bieg na Radziejową (1262m) – szczyt Korony Gór Polski (bomba!), system alpejski (łomatkobosko), dystans 10km (dla osoby mającej za sobą maraton dystans nie powinien być straszny) i mała liczba uczestników. 

           Brzmi bardzo dobrze, ale jak było w rzeczywistości ?
 
         
          Wszystkie informacje na temat biegu można znaleźć na stronie www.biegajwgorach.pl . Regulamin dość przejrzysty, zapisy również nie powinny sprawić problemu. Jeżeli chodzi o opis, profil i mapę trasy, nie można powiedzieć złego słowa.
          Dystans 10.1km, system alpejski (to ustrojstwo to bieg, którego przeważająca cześć trasy prowadzi pod górę, najczęściej na szczyt). Przewyższenia to AŻ 1038m (w górę: 950m, w dół TYLKO 88m). Ktoś by dodał i tylko 3 godziny limitu?! Spokojnie, stosując przelicznik bieg górski --> bieg uliczny to ponad 11km. Poza tym, turysta powinien tę trasę pokonać w granicach 3h i 25 minut. Limit zatem jest jak najbardziej w porządku (nawet dla debiutanta). Dokładnie co i jak na trasie będzie za chwilę. Warto wspomnieć o „chwili” przed zawodami, czyli biuro zawodów – odbiór pakietu – depozyt.

          Biuro zawodów znajdowało się w samym centrum miasta. Nie miałam żadnych problemów ze znalezieniem, mimo iż w Piwnicznej byłam pierwszy raz. Na drzewach można było znaleźć kartki ze strzałkami „Do biura zawodów”. Pakiet odbiera się sprawnie, a pan/pani dokładnie informują, co znajduję się w środku, o chipie na kostkę oraz o depozycie. Duży plus!
          No właśnie, a co z depozytem? Otóż były dwa – jeden w biurze przy starcie, drugi na szczycie. Do godziny przed biegiem można było zostawić depozyt, który wjedzie na szczyt, a my na mecie będziemy mogli go odebrać (rzeczy, szybka przekąska, etc.). Bagaż nie mógł być jednak cięższy niż 5kg, ale przecież nikt tony bananów chyba nie potrzebuje. Za „metowy” depozyt również plus. Pakiet startowy był dość skromny jak na wysokość wpisowego, ale uznajmy, że nie to jest najważniejsze.

           
          Zbliża się godzina 11 i …
3,2,1, START! Ruszyli. 300m kółko wokół rynku i pierwszy podbieg. Już przez myśl przeszło mi, „co ja tutaj robie?”, ale pognałam dalej. Prawie pierwsze trzy kilometry były na otwartej przestrzeni. Pogoda była piękna – do chodzenia, do opalania, trochę mniej wymarzona do biegania. Tu trasa jeszcze trochę falowała, w górę, lekko w dół. Jednak nie długo.

     
           Kolejny podbieg na (chyba) 3km – pion, masakra, płacz, zgrzytanie zębami. Tu już można było spotkać kilku biegaczy - turystów. Czyli inteligentnie wchodzimy pod górę, a nie wbiegamy, a potem przez kolejne pół kilometra łapiemy oddech.
          Na trasie (wielka szkoda!) nie było kibiców, a dobrze byłoby usłyszeć „Dawaj, jeszcze tylko trochę, to już ostatnia górka.” Często człowiek był pozostawiony sam sobie – z przodu pion, z tyłu pion, zero żywej duszy. I tu muszę stwierdzić, że nie spotkałam żadnego punktu medycznego na trasie. To jest jednak bieg górski, skręcenie kostki, omdlenia lub inne straszne rzeczy mogły się zdarzyć, a nie wiadomo kiedy by ktoś nadbiegł. Dobrze wiemy, że każda sekunda jest ważna.
          Biegniemy dalej, na trasie zdecydowanie bardziej strome podbiegi. Swoją drogą zbiegów to ja chyba nie ujrzałam za bardzo do 8km. Na 4k spotkałam górala spod samiuśkiego Beskidu i tak żeśmy zaszli do ponad 5k. Etap biegowy też miał miejsce. I wtedy też narodziło się to tytułowe zdanie, gdy głaskana wiatrem w twarz, pozostawiłam górala za sobą.

                   
          Punkt z wodą – 5,8km. Dobrze zaopatrzony, choć ciepła woda aż tak dobrze nie smakuje. Lecz wybaczamy. Z uwagi jednak na (wreszcie) zacieniony teren, siły powróciły i górki przestały być aż tak straszne. Wtedy dobiegłam do ostatniej „prostej”, czyli pół kilometra w dół i 900m pod górę. O ile bieganie w dół nie jest wcale takie proste i bezpieczne (skręcenie kostki na lekko wilgotnym i kamienistym podłożu – toż Ci żadna sztuka), to wbieganie pod górę o nachyleniu 35,5% raczej graniczy z cudem. Jeśli jednak któryś z zawodników przebiegł ten odcinek, z miejsca oddaje swoje trofeum. Dla mnie ostatnie 900m to trzymanie się korzeni, patrzenie na zadowolone twarze zawodników, którzy już ukończyli (ustępowanie im miejsca zostawiam bez komentarza -.-) i błagalne jęki o metę. Na szczęście znalazła się jedna dobra dusza, która na ok. 100m przed metą krzyknęła „Dasz radę, już niewiele zostało, to światło, to META!” (dzięki Ci kobieto!). Siły, których już nie było, zostały wykopane spod ziemi i doczołgałam się do tego pięknego miejsca, jakim była meta. Tam czekał na mnie piękny drewniany medal (nie, nie kolejny „złom”) na zielonej wstążce. Choć waży gramy, zdecydowanie jest cięższy niż ten po debiucie w maratonie.

          
           Trasa była dobrze oznakowana (znaki i taśma), było wiadomo gdzie biec. Były nikłe szanse na to, aby pomylić trasę. Jednym małym minusem może być brak oznaczeń „1km, 2km …” lub chociaż co 2km. Cała trasa to 8,4 km pod górę + 1,7 km w dół. Średnie nachylenie: 10,3%.
           Na mecie można było wejść na wieże widokową, odebrać depozyt, napić się wody i odpocząć. Jeśli jednak ktoś chciał zdążyć na ceremonię wręczenia nagród lub po prostu na autobus jadący do Piwnicznej, musiał się pospieszyć. Ostatni odjeżdżał o 14.40. Osobiście na autobus nie zdążyłam, więc gdyby nie prywatny dojazd pewnie ominęłaby mnie nagroda za 3msc (warto to przemyśleć w kolejnej edycji).

          
           Podsumowując. Trasa dla mnie – żółtodzioba, debiutantki w biegu górskim, dziewczyny z centrum, trudna. Chociaż może lepszym słowem będzie wymagająca, szczególnie ostatni kilometr. Wybranie tego biegu na „pierwszy raz” dla jednych skończy się zdecydowanym „no more”, a dla innych będzie ciekawym początkiem na nowe, inne wyzwania. Dla mnie to ekstremalne doświadczenie, którego nie zamieniłabym na chociażby kolejny maraton. Co więcej, nie wiem, jakim cudem, ale skończył się pierwszym pudłem, czyli trzecie miejsce w kategorii K20. Duma rozpiera, motywacji przybyło, podbiegi się wyprostowały. Szczyt zdobyty w dobrym stylu.

          Z tego miejsca gratuluję wszystkim i każdemu z osobna. Daliśmy radę. Dla jednych to może był zwykły trening i banalna trasa, dla innych krew, pot i łzy. Każdy z nas jednak był tam w innym celu i jeśli tylko udało się go osiągnąć, pozostaje powiedzieć „gratuluję”.


          Ceremonia wręczenia nagród była skromna, ale medale i puchary piękne. Cieszę się, że nie dostałam zwykłego pucharka, który można kupić w sklepie za rogiem. Trofeum jest piękne i dumnie stoi na półce! Dziękuję.

           
          Dla osób, które zastanawiają się czy aby na pewno podjąć rękawice i wziąć udział w kolejnej edycji w Rabce-Zdrój czy też za rok, mówię – nie wahajcie się. To fantastyczne przeżycie. Być może nawet najlepsze. W biegu ulicznym trzeba mieć mocną głowę, nogi i płuca. W górskim warto dodać, że musi być megamocna głowa, bo samotność na pionowej trasie na pewno nie jest łatwa, ale możliwa do przełknięcia. Dobre treningowe przygotowanie też nie zaszkodzi.
          Pytasz czy dasz radę? To już sam/a musisz odpowiedzieć sobie na to pytanie. Człowiek z górzystych terenów na pewno będzie miał odrobinę lżej, ale my mieszczuchy też możemy dać radę. Bieganie uczy pokory. Często pokazuje nam, że bycie silnym to tylko słowa. W górach nasze trudy mogą wynagrodzić widoki, piękna flora i fauna. Biegajmy zatem, czerpmy radość, bądźmy szczęśliwi. Bieganie jest dla nas, nie na odwrót.

          A jeśli chodzi o mnie, to, co do biegów górskich, powiedziało się A to trzeba powiedzieć …

          P.S. Pozdrowienia dla wolontariuszy (dobra robota!) oraz biegaczy, którzy uraczyli rozmową. Piona!

fot. Arkadiusz Siwiaszczyk, Jolanta Kryk, Aleksandra Małolepsza