wtorek, 21 kwietnia 2015

DOZ Maraton Łódzki i ALE 10k RUN w obiektywie (fotorelacja).

Za nami kolejny już DOZ Maraton Łódzki z PZU. Zawodnicy mieli do wyboru dwa dystanse – 10 km oraz maraton – historyczne 42 km i 195 m. W tym roku (19 kwietnia) krótszy dystans ukończyło 2639 osób, a maraton 1169.

Tegoroczna edycja była wyjątkowa ze względu na rangę Mistrzostw Polski w Maratonie Kobiet. Pierwsze miejsce wywalczyła Polka, Monika Stefanowicz z czasem 2:29:28. Tym samym poprawiła rekord Mistrzostw o 2 minuty i 31 sekund. Zaraz za nią uplasowała się Agnieszka Jędrzejewska (2:30:55). Wśród Panów królował Albret Matebor Kiplagat z Kenii (2:11:49), a pierwszy Polak, Yared Shegumo zajął czwarte miejsce, pokonując królewski dystans w czasie 2:12:14.

Start Elity kobiet nastąpił 18 minut i 29 sekund wcześniej niż start Elity mężczyzn oraz pozostałych maratończyków. Dokładnie tyle wynosiła różnica między dotychczasowym rekordem Polski kobiet i mężczyzn. Organizatorzy wybrali taką „taktykę”, aby obie płci miały szanse na jednoczesne ukończenie maratonu. Nie zrobiono tego przypadkiem, bowiem kto pierwszy na mecie, ten wygrywał Forda Fiestę. Dokonała tego wspomniana już wcześniej Monika Stefanowicz, wpadając na metę przed mężczyznami.

Pomimo kapryśnej pogody, bieg zapowiadał się obiecująco. Liczono na nowy rekord trasy. Wydawało się, że wszystko jest w porządku do czasu … przyznania brązowego medalu. Okazało się, że Izabela Trzaskalska pokonała dłuższy dystans niż musiała. Całą sytuację skomentował wczoraj dyrektor maratonu, Michał Drelich:

Cały czas analizujemy przyczyny tego zdarzenia. Wiele wskazuje na to, że decydujący w tym wypadku był błąd ludzki i niewystarczające oznakowanie trasymówi Michał Drelich, dyrektor z agencji Sport Evolution, organizator DOZ Maratonu Łódzkiego z PZU. - Szczerze ubolewamy, że w ogóle do czegoś takiego doszło. Nam zdarzyło się to po raz pierwszy i oby ostatni. Incydent na trasie nie wypaczył wyników w klasyfikacji generalnej. Zawodnicy z elity, którzy pomylili trasę zajmowali dalsze miejsca. W przypadku Izabeli Trzaskalskiej po konsultacji z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki oraz delegatem IAAF podjęliśmy decyzję o przyznaniu jej ex aequo z Ewą Kucharską brązowego medalu w Mistrzostwach Polski kobiet w maratonie. Wszystkie pozostałe osoby, o których nie wiemy, a pomyliły trasę prosimy o kontakt mailowy. Postaramy się wyjaśnić sytuację i na tyle na ile to możliwe poprawić wynik końcowy. Poszkodowanym osobom gwarantujemy bezpłatny pakiet startowy w przyszłorocznym maratonie w Łodzi.

Na szczęście powyższa sytuacja nie dotyczyła dużego grona, a zawodnicy na trasie biegli ile sił w nogach. Równolegle z maratończykami wystartowali zawodnicy ALE 10k run.
Na tym dystansie wygrał Daniel Formela (30:46) oraz Iwona Lewandowska (33:20).

Wyniki DOZ Maratonu Łódzkiego z PZU
Mężczyźni:
1. Albert Matebor Kiplagat (Kenia) – 2:11:49
2. Dereje Raya Tadese (Kenia) – 2:11:57
3. Gelgelo Tona Outoya (Etiopia) – 2:12:08
4. Yared Shegumo (Polska) – 2:12:14
5. Hassan Mokaya Omanga (Kenia) – 2:12:43
6. Ivan Babaryka (Ukraina) – 2:12:45
Kobiety:
1. Monika Stefanowicz (Polska) – 2:29:28 - Mistrzyni Polski
2. Agnieszka Mierzejewska (Polska) – 2:30:55 – Wicemistrzyni Polski
3. Tatyan Vernyhor (Ukraina) – 2:31:34
4. PieninachArusei Jerop (Kenia) – 2:33:23
5. Makda Haji Harun (Etiopia) 2:33:39
6. Ayelu Hordofa Abebe (Etiopia) 2:35:11

Wyniki ALE 10k run
Mężczyźni
1. Daniel Formela (Polska) – 30:46
2. Paweł Matner (Polska) – 31:29
3. Krzysztof Pietrzyk (Polska) – 32:55
Kobiety
1. Iwona Lewandowska (Polska) – 33:20
2. Zuzanna Mokros (Polska) – 37:29
3. Ewa Ochmańska (Polska) – 41:40

Zapraszam na fotorelację z biegu.

ALE 10k RUN (start / 6 km) – pełna reszta zdjęć dostępna tutaj (481 zdjęć): https://plus.google.com/101168344998085229250/posts/YkqTkGDG6fm












MARATON (16-18k / 24k / 29-31k / 36-37 k) - relacja będzie dostępna w ciągu kilku dni. 

Gdyby ktoś chciał zdjęcia w wysokiej jakości proszę o kontakt mailowy: aleksandra.malolepsza92@gmail.com podając numery zdjęć. 

sobota, 18 kwietnia 2015

Półmaraton dookoła Jeziora Żywieckiego.

29 marca 2015 o 11.00 na trasę półmaratonu dookoła Jeziora Żywieckiego ruszyło prawie dwa tysiące biegaczy. Z roku na rok impreza odnotowuje coraz większą frekwencję. Nie ma nic w tym dziwnego – malownicza i bardzo zróżnicowana trasa, piękne miasto, żywiecki browar i niesamowicie mili ludzie.

Każdy bieg zaczyna się od … odebrania pakietu. Można było tego dokonać dzień przed połówką (w biurze informacji turystycznej w centrum miasta) lub w bezpośrednio przed biegiem. Zawsze polecam, aby odebrać pakiet wcześniej (o ile jest taka możliwość). Nie trzeba czekać w długiej kolejce i denerwować się. Zamiast tego, warto spokojnie zjeść, przyjechać na start, rozgrzać się i rozejrzeć się dookoła.
Odebranie pakietu poszło sprawnie, jednak jego zawartość nie powaliła na kolana. Zdaje sobie sprawę, że cena nie należała to jakiś wybitnie dużych, ale mimo wszystko szału nie było. Dla zainteresowanych – woda, ręcznik i masa ulotek.

Niedziela.
Dojechać było bardzo łatwo. Trudności nie sprawiło również dotarcie na start. Wszędzie było słychać i widać biegaczy. Obyło się bez zbędnego marudzenia wszystkich władz albo mnie udało się jakoś to pominąć. Nie kojarzę, aby były wydzielone strefy czasowe. Nie ujrzałam też chyba żadnego pacemakera albo najzwyczajniej w świecie byłam ślepa.

3,2,1 …
Pętelka po rynku i na już przed drugim kilometrem można było napotkać pierwszy podbieg. Oczywiście w porównaniu do reszty trasy, było to tylko delikatne wzniesienie. Trasa bardzo urodziwa, nie tylko ze względu na rozpościerający się po prawej stronie widok jeziora. Czułam się jak w rollercoasterze. Góra i dół, dół i góra.


Od samego początku bieg niedaleko mnie Pan z psem. Byłam zauroczona nie tylko zwierzakiem, który był cudowny. Właściciel pupila wiedział, że nie jest sam na trasie, biegł zazwyczaj jak najdalej od ludzi, aby pies nie plątał się pod niczyimi nogami. Nie przypadkiem wspominam o tym Panu ze względu na to, że w okolicach 5 kilometra został zaatakowany przez wielkiego owczarka niemieckiego. Ów owczarek zacząć gryźć czworonożnego biegacza, a potem również zaczepiać ludzi. Byłam zaskoczona, gdy ludzie zaczęli odganiać psa, stawać na jego drodze i jeszcze krzyczeli: „Uciekaj, my go tu zatrzymamy”. Osobiście było mi głupio, że nie pomagam, ale w moim przypadku (magnes na psy), mogłoby skończyć się to różnie.
Wszystko było dobrze przez następne 500m. Pan biegł równolegle ze mną i „uciekali”. W pewnym momencie, ktoś jednak zacząć głośno krzyczeć. Okazało się, że owczarek wbiegł w tłum i nie zachowywał się zbyt uprzejmie. Nie wiem do końca jak to się skończyło, ale chyba udało się ogarnąć sytuację, bo nie słyszałam żadnej historii o pogryzionych.


W niedziele pogoda była bardzo zmienna. Gdy wstałam o godzinie 8 i poszłam na poranne zdjęcia, było mi ciepło w cienkiej bluzie. Jak jechaliśmy na start to o mało nas nie porwało. Wiał zimny i przeszywający wiatr. Z kolei bezpośrednio przed startem zaczęło świecić słońce. Bądź tu mądry i się odpowiednio ubierz. Nie dziwota, że połowa nabrała za dużo garderoby i potem ściągali po drodze.

Pit-stop na 10 kilometrze zawiódł mnie na całej linii. Przy takiej pogodzie ludzie chętnie sięgali po wodę lub izotonik LUB chcieliby się napić. Niestety, nie mieli w czym. Biegłam w granicach 2 godzin i nie chce wiedzieć co było dalej. Zabrakło WODY i KUBKÓW. Jedno słowo – ABSURD! Ludzie mówili, aby lać im izotonik na ręce, bo chcieli chociaż zwilżyć usta. Przez następne dwa kilometry padały hejty i inne komentarze o poziomie organizacji. Nie wspomnę o ilości bluzg – przyznam sama przeklęłam, gdyż chętnie wzięłabym łyka wody.


I jedenasty kilometr - tama. Zaczęła się jazda bez trzymanki. Wiatr prosto w twarz. Góreczki się wypiętrzyły. Do 17km jak się człowiek zmęczył to zaraz odpoczął na zbiegu. Chociaż czasem biegłam z myślą „dobra za tą górką będzie w dół”, a tu niespodzianka. Na czubku okazywało się, że jest … płasko.
Prawdziwa zabawa była za 17k. Jeden 500m podbieg, a za nim następny … kilometrowy. Usłyszałam o nim parę słów, ale nic mnie tak nie rozbawiło z całej tej imprezy jak słowa, które padały po dobiegnięciu na szczyt krótszego podbiegu. Nie trudno wyobrazić sobie zdziwienie ludzi, którzy po już dużym wysiłku widzą przed sobą stromą ścianę. Jestem pewna, że nie wszyscy, ale jednak bardzo wielu osobom (włącznie ze mną) wymsknęło się skromne „O kuwa!”.
Ale potem już było tylko w dół i w dół.


Oczywiście pomyliłam bramki. Uznałam, że pierwsza to końcowa, a tu zonk. Za metą medal na szyje i …
- „Przepraszam, gdzie można dostać wodę?”
- „Sory, ale woda się skończyła.”
Wole się nie zastanawiać jaką głupią minę musiałam zrobić, ale doznałam szoku. W Żywcu zabrakło wody …


Podsumowując, bieg ma swój urok. Największym plusem jest trasa, myślę, że jest to jednym z głównych czynników wynikających z tak dużej frekwencji. Wolontariusze uwijali się dość sprawnie. Mieszkańcy cudowni – zero marudzenia. Gdy czekali w korku machali, uśmiechali się i kibicowali. Przyznam, że pozytywnie mnie zaskoczyli, bo zazwyczaj podczas takich imprez to dużo osób koniecznie musi jechać na zakupy i zrobić mnóstwo bardzo potrzebnych rzeczy.
Największy minus to zdecydowanie punkty z wodą, której nie było. Nie raz na treningu przebiegłam 20k bez wody i siłą rzeczy jakoś to przeżyłam, mimo że wiadomo, tempo trochę leci w górę, człowiek daje z siebie więcej. Jednak osoby troszkę słabsze na pewno z ogromną przyjemnością by się napiły, ale nie miały takiej okazji (chyba, ze zdążyli już dowieźć wodę).

Myślę, że pomimo wszystko, wezmę jeszcze kiedyś udział w tym półmaratonie. Może za rok, może za dwa, może za dziesięć. Jednak na pewno warto choć raz być tam. Chociażby dla tych widoków i pagórków.  

czwartek, 5 lutego 2015

Skarpety, które uratowały debiut w maratonie - Compressport ProRacing V2.

Marzec 2014 roku. Wybieram się na spokojne niedzielne wybieganie. Szósty kilometr. Bach! Zabolało, bardzo, jakoś dokuśtykałam do domu.
Ratowanie się wszelkimi możliwymi sposobami. Przerwa, maści, rozciąganie, tejpowanie.
Kolejny spokojny trening po tygodniu. Nie jest źle, ale dobrze też nie. Za trzy tygodnie maraton. Tyle pracy włożone, tyle potu wylane.
Odwiedzam sklep biegowy. Za radą kupuję skarpety Compressport ProRacing V2.
I od tego momentu, mówimy o innym bieganiu.

Wychodzę na trening, z ogromną nadzieją, że skarpety, które jak na razie skompresowały mój portfel, okażą się istnym cudem i stopa nawet nie jęknie. A jak to wszystko wygląda w rzeczywistości ?


Moje stopy są przyjemnie ‘ściśnięte’. Skarpety okazały się lekkie, prawie niewyczuwalne, a dodatkowo dzięki kropeczkom 3D.Dots odnoszę wrażenie masażu stóp.
Idealnie nadają się na letnie jak i zimowe wojaże. Biegając w temperaturze bliskiej trzydziestu stopni nawet nie poczułam, że stopy płoną z gorąca. Podobnie podczas biegania w śniegu po kostki i przemoczeniu butów, nie odczuwam żadnego przemarznięcia. Jak widać odprowadzenie wilgoci i termoregulacja istnieje, a producent nie oszukuje.
Na wszelkich mazi leśnych treningach, podbiegach czy nawet interwałach, moje stopy ‘siedzą’ mocno w bucie, a Achilles jest dobrze stabilizowany. Ma to dla mnie bardzo istotne znaczenie, gdyż często wybieram się pobiegać poza miasto, a wiadomo jak łatwo w nierównym terenie o skręcenie.
Dodatkowo niezbyt przyjemne było pojawianie się pęcherzy, (szczególnie) po dłuższych wybieganiach. Mam bardzo szeroką stopę, ale nawet dwadzieścia parę kilometrów robi swoje. Socks’y pozwoliły wyeliminować ten problem w 90%.


Nadszedł ten dzień 13 kwietnia 2014 i ich pierwszy poważny test. Miały wspierać moje stopy przez ponad czterdzieści kilometrów. Maraton ukończony bez bólu, z uśmiechem, a co najważniejsze – stopy, które powinny kwiczeć po takim dystansie, były w bardzo dobrej kondycji.

Aktualnie socks’y biorę na dłuższe wybiegania, interwały, a czasem nawet na luźny trening. Komfortowe bieganie jest warte każdej ceny.
Jeśli nadal nie wierzysz w kompresję, masz dwa wyjścia – olać to albo kupić skarpety i przetestować tak jak ja.
Osobiście polecam wariant nr 2 - myślę, że nie pożałujesz!

Enjoy!

sobota, 15 listopada 2014

Marzenia ... do spełnienia.

Mogłabym się założyć, że większość z Was słyszała przysłowie: „Człowiek planuje, a Bóg z tego żartuje”. Co więcej, myślę, że doskonale wiecie, o czym mowa. Osobiście nie raz przekonałam się, że nie jest to przypadkowe powiedzenie.
O postawionych celach, marzeniach, przyszłościowych zadaniach mogłabym pisać długo. To trochę jak „noworoczne postanowienia”: rzucę cukierki, zacznę ćwiczyć, zwiedzę świat, schudnę, zacznę się zdrowo odżywiać, znajdę lepszą pracę, … – tak pewnie wyglądają listy „to do in 2014”. Prawda jest jednak przykra, im więcej ktoś wypisuje punktów, tym mniej ich wykonuje. Dlatego na mojej liście jest jedno – „Ocalić marzenia od zapomnienia i doprowadzić je do spełnienia!”.
Tych, których nie udało się jeszcze zrealizować, bo los miał akurat inny plan na moje życie, ciągle tętnią życiem. Będę za nimi szła i szła i tak do końca. Aż dopadnę zgraję tych moich króliczków.

Myśląc o kalendarzu biegacza sprawy mają się odrobinę inaczej. Część startów po prostu trzeba zaplanować. Nie odbiegam normą od wielu biegaczy, którzy przeczesują strony, czasopisma w poszukiwaniu TEGO biegu, który będzie jednym z TYCH niezapomnianych. Z uwagi na biegową Koronę Gór Polski, mój kalendarz był dosyć długo układany, a i jeszcze nie jest ostateczny.
Do startów w kolejnym sezonie podchodzę z lekkim dystansem, ale i doświadczeniem.
Mój pierwszy sezon (2012’) to było tylko bieganie – przyjemność, zdrowie, relaks, żadnych startów. Na debiut wybrałam Łódź Maraton Dbam o Zdrowie (2013’), gdzie z dużą dawką adrenaliny pokonałam dystans 10 kilometrów. Kolejne starty w roku 2013 były dość spontaniczne: „O fajny bieg się szykuje. Zapiszę się”. Mniej więcej tak wyglądał mój początkowy sezon biegowo-startowy. Ten rok (2014') był już zdecydowanie bardziej ułożony. Wiedziałam, co się z czym je (choć z dzisiejszej perspektywy sądzę, że byłam zielona jak trawa na wiosnę). Skrupulatnie wyszukiwałam biegi, zapisywałam w kalendarzu i bach, w tym biegnę. Nie przewidziałam niestety kontuzji, przetrenowania. Mój upór był jednak większy i wzięłam udział w startach zaplanowanych już w styczniu, jednak część tych, które pojawiły się po maratonie, dołączyły do ciągle uciekających króliczków.

Ten sezon dał mi bardzo dużo. Jestem bogatsza o wiedze, doświadczenie, ostrożność. Maraton, długie wybiegania, ciągle niezidentyfikowana kontuzja, przetrenowanie, pierwsze pudło, bieganie w górach i wiele innych.
Dowiedziałam się nie tylko tego jak planować, ale przede wszystkim jak zachowuje się mój organizm przed i po różnych biegach. Jak szybko się regeneruje, co muszę jeść, a co trenować startując w biegu ulicznym, a co gdy jest to górska przeprawa (w gruncie rzeczy to nie jest takie oczywiste, jak niektórzy myślą – podbiegi to nie wszystko). Zrozumiałam również, że poranne bieganie jest ważne, bo 99% biegów zaczyna się ok. 9. Oprócz tego wszystkiego jest jeszcze jedno – start + wyjazd. Zmiana klimatu, zmęczenie podróżą, zastane stawy, nowe, regionalne dania. Ta boska mieszanka może skończyć się niezbyt przyjemnie. Osobiście nie miałam z tym do czynienia (odpukać), ale w Krynicy na stracie Życiowej Dychy wiele się o tym nasłuchałam. Więc uważajmy.

Jak wspomniałam mój grafik nie jest kompletny. Na chwilę obecną mam dwa konkretne cele, które są dla mnie absolutnie kluczowe i będę starała się do nich przygotować jak najlepiej. Nie dlatego, że liczę na jakąś życiówkę, bo w biegu górskim na dystansie dłuższym niż 10k będę brała udział po raz pierwszy, lecz aby dobiec do mety, nie zginąć po drodze, mieć ogromną satysfakcję z pokonanych słabości i bawić się równie dobrze jak w debiucie maratonu (tak, bawiłam się mega, polecam Aleksandra M!).
Tymi cukiereczkami są: Maraton w Szczawnicy – Wielka Prehyba 26.05.2015r. oraz Bieg na dystansie 34k w Krynicy podczas Festiwalu Biegowego 12.09.2015r.
Dokładny plan oraz informację, dlaczego akurat te biegi, zamieszczę wkrótce.
Nic nie jest jednak przypadkowe.
Każdy z nich został wybrany z jakiegoś powodu.
Najważniejsze, aby się udało.

sobota, 8 listopada 2014

Ogólnorozwojówka - moje 30-dniowe wyzwanie.

Prawdą jest, że trening ogólnorozwojowy jest często pomijany przez biegaczy. Nie widzą w tym sensu, skoro przez ten czas mogą zrobić kilka kilometrów, nową życiówkę czy też interwały, które podniosą ich szybkość. To duży błąd. Gdy do planu treningowego wprowadzimy ćwiczenia wzmacniające nasze ręce, brzuch, nogi, wprowadzimy więcej stretchingu, a stabilizacja nie będzie dla nas tylko słowem, zyskamy zdecydowanie więcej niż dokładając kolejny biegowy trening. Dlaczego ?
Po pierwsze, lepiej zapobiegać niż leczyć. Nasze ciało będzie bardziej elastyczne, a tym samym kontuzje będą dla nas znane (tylko) z portali internetowych.
Dwa, wzmocnimy całe ciało, nie tylko nogi. Czasem biegnąc nawet krótki dystans, nasze nogi mówią pas. Wtedy często w grę wchodzi głowa i ręce.
Kolejnym dobrym powodem jest poprawa jakości biegania. Dzięki lepszej technice, z treningów zyskujemy jeszcze więcej.
Można wymienić jeszcze kilka innych powodów dlaczego WARTO.

Kolejne kontuzję lub po prostu nawracający ból często rujnuje wszystkie plany. O ile raz czy dwa (okej, można nawet więcej razy) wystartować z bólem, o tyle ciągła myśl czy jeszcze to wróci, w którym momencie (a zazwyczaj w najgorszym) jest męcząca. 
Postawiony ostatnio przeze mnie plan biegowej Korony Gór Polski jest dla mnie idealny. Daje mi to radość, spełnienie, kilogram endorfin i masę adrenaliny! Oczywiście już widzę, że to nie będzie koniec, a dopiero początek.

Gdy już wszystko było prawie ustalone, plan treningowy rozpisany, zaczęło znowu boleć. Tak, idealny moment, jak zawsze. Postanowiłam raz na zawsze wyrolować ten paskudny, uprzykrzający życie ból.
Postawiłam sobie wyzwanie – rozciąganie, wzmacnianie, rolowanie.
Dokładniej mowa o 30-dniowym planie, który zawiera burpee, plank, przysiad przy ścianie (krzesło), szpagat oraz ćwiczenia z piłką gimnastyczną. Po co to wszystko ?

Ktoś kiedyś powiedział, że aby zaszczepić w kimś miłość do uprawiania i jednocześnie powtarzania wykonywanego ćwiczenia potrzeba 66 dni (chociaż ostatnio obiło mi się o uszy, że już wystarczy 51). Z tym nie mam problemu. Kocham sport. Czasem boli, czasem chce się krzyczeć, ale ostatecznie szalejące endorfiny dają poczucie radości, zadowolenia, „odświeżenia”. Plan ten jednak ma za zadanie wyeliminować kontuzję. Chce wzmocnić całe ciało, aby nie było słabszych mięśni, które przy większej ilość treningów czy tez wzmożonym kilometrażu szybko się przeciążały i zaczynało się to, czego nikt nigdy chyba nie polubi – kontuzje!

Mój plan wygląda tak: 


Jest połączeniem kilku planów dostępnych w magazynach i portalach internetowych. Każdy może modyfikować według własnych potrzeb. Dla mnie taki jest idealny. 

Burpee – chyba każdy zna albo chociaż słyszał o tym ćwiczeniu. Angażuje całe ciało, każdy mięsień, każdą komórkę. Jedni robią burpee na czas, np. jak najwięcej przez minutę albo 50 w jak najszybszym czasie. 
Osobiście nigdy wcześniej nie robiłam tego, a ze względu na słabe ręce postanowiłam wykonywać te ćwiczenia w seriach. Rozpoczynam od 5 serii po 5 powtórzeń, zwiększając do końca tygodnia do 10 powtórzeń. W następnym tygodniu rośnie ilość serii.  
Poniższy obrazem pokazuje jak wykonać poprawnie burpee – pamiętajmy o odpowiednim „trzymaniu” kręgosłupa!


Plank, czyli deska. Czytałam o różnych rodzajach tego ćwiczenia, jednak zawsze robiłam w podporze na przedramionach. Plecy musza być idealnie proste. Zamierzam wytrzymać 5 minut, a w przyszłym miesiącu dołożyć inne ćwiczenia, które właśnie w dużej mierze wykonuje się w podporze. 


Krzesło to nic innego jak przysiad przy ścianie. Ćwiczenia wytrzymałości to dla maratończyka ważna sprawa. To świetnie uzupełnia nasze treningi. Celem jest wytrzymanie w tej pozycji 5 minut. 
 

Kolejnym ćwiczeniem jakie wykonuje jest szpagat, a dokładniej stretching pod szpagat. Nie przypadkowo uznałam, że to wyzwanie jest istotne. Dzięki temu mięśnie moich nóg bardzo się uelastycznią, a tym samym będę miała mniejsze szanse na kontuzje.
Kolejność wykonywanych zadań przedstawia poniższy obrazek. Wykonujemy na jedną nogę, a następnie na drugą. (http://tablicamotywacji.pl/)



Na sam koniec zostawiam sobie ćwiczenia z piłką gimnastyczną. Przez pierwszy tydzień opieram się tylko na zadaniach z tej strony: http://www.hellozdrowie.pl/ruch/cwiczenia-na-pilce/strona/1
W drugim tygodniu, gdy poczuję się już stabilnie na piłce dokładam kolejne ćwiczenia.


Po wszystkim jeszcze raz rozciągam się. Moje ciało jest bardzo dobrze rozgrzane i mięśnie można modelować niczym plastelina.

Mam nadzieję, że plan pozytywnie wpłynie na moje ciało, stabilizacje, wytrzymałość i pomoże wyleczyć kontuzję.
Jeśli macie jakieś pytanie, chętnie odpowiem.

To kto się dołącza do mojego wyzwania ? :-)

wtorek, 4 listopada 2014

Po prostu, zrób to!

Pamiętam jak pierwszy raz wstałam przed szóstą rano. Za oknem było około dziesięciu stopni mrozu. Pojedyncze okna świeciły w blokach, a i latarnie wyglądały na lekko zaspane. 
Nigdy nie jest łatwo wyjść ze strefy komfortu. Miękka poduszka i koc jakby głębiej zasysały do łóżka. Lecz te buty … patrzyły z kąta pokoju dużymi oczami. Nie było wyjścia.
Pierwszy kilometr był mrożący. Ciemno, zimno, przeraźliwie. Z wieży kościelnej dało się słyszeć dzwony o szóstej. Mroźne powietrze nachalnie dostawało się do płuc. Paliło jak po dobrym interwale. Pod koniec pierwszego kilometra palce u stóp odzyskały czucie, ręce się ociepliły, a powietrzne już nie drapało.
Tak zleciało pięć okrągłych kilometrów. Dalsza część dnia przepełniona była endorfinami i wulkanem energii.


Nie namawiam do wstawania rano. Bieganie rano jest dla ludzi o mocnych nerwach i bardzo (!) silnej woli. Łatwiejszy być może jest poranny jogging latem niż zimą, ale mimo wszystko łóżko często bywa wygodniejsze.
Niezależnie od pogody, humoru, ilości porannego czasu, bycia w podróży, kaca, bólu tego i owego, nowej pościeli, która jest cudowna każdego poranka – wyjdź CHOCIAŻ raz pobiegać rano.
Nie ograniczaj się do biegania tylko wtedy kiedy masz czas.
Tylko wtedy, kiedy masz gdzie biegać, bo „nie będę biegał/a po mieście, bo ktoś zobaczy mnie w leginsach”.
Nie stawiaj przed sobą bariery pogodowej - „właśnie pada deszcz (pokropiło, trzy krople na krzyż), nie pójdę biegać, bo mi się buty zamoczą i fryzura zmierzwi”, „nie będę biegać w mrozie, bo mi się skóra twarzy wysuszy (wazelina – wynalazek ze starożytności”.
Nie słuchaj tych co mówią Ci, „po co to robisz? I tak nic nie osiągniesz”. Oni z takim nastawieniem na pewno niczego w życiu nie doświadczą. Ty masz szanse. Otocz się ludźmi, którzy mówią jedno - „ZRÓB TO”.


Nie rób nic na siłę.
Baw się tym.
Nie ograniczaj się do niczego.
Zrób to, po prostu.

sobota, 13 września 2014

Biegacze to wariaci, ale tylko wariaci są coś warci - relacja Festiwalu Biegowego.

Piąty dzień września bieżącego roku. 
Godzina czwarta pięćdziesiąt. Kierunek – Krynica Zdrój, a dokładniej Festiwal Biegowy.
Prawie dziewięciogodzinna podróż mocno wpłynęła na stan moich pośladków, jednak mimo wszystko udało się dojechać bez większych jęków. Z uwagi na pojawiający się coraz to piękniejszy krajobraz, od Tarnowa przebierałam z nogi na nogę. Chciałam już biegać w tej scenerii, wdychać czyste górskie powietrze i łaskotać podniebienie miejscowymi smakołykami.
Wysiadając z PKS-u ujrzałam tłum ludzi. Nie trzeba było się jakoś szczególnie zastanawiać czy to turyści czy biegacze. Większość z nich miała na plecach worek z pakietem startowym. Z Głównego Deptaka słychać było gwizdy, oklaski i gratulacje dla zawodników startujących w pierwszych konkurencjach.  

Odbiór pakietu startowego. 
Szybko, łatwo i przyjemnie. Należało udać się wraz z oświadczeniem, które było wysyłane na adres mailowy, do Domu Forum. Początkowo odbierało się numer, worek z masą ulotek, kolejno koszulkę (bawełnianą, z mocno zawyżonymi rozmiarami, kolejną do spania) oraz informator Festiwalu. Jak na rangę imprezy i opłatę startową, uważam, że pakiet był ubogi. Ach, zapomniałabym! Były czekoladowe draże, tak wspominane w rozmowie o pakiecie startowym. Nie to jest jednak najważniejsze. Grunt to emocje, a ich nie brakowało.

 

Po południu przydreptałam do centrum, by już poczuć tę krynicką adrenalinę. Natrafiłam akurat na dobiegających do mety przebierańców. Zdałam sobie wtedy sprawę, że my biegacze to specyficzna grupa ludzi. Nie jesteśmy normalni. Mamy trochę nie tak pod kopułką, cieszymy się jak dzieci, gdy truchtamy, czerpiemy radość z prostych rzeczy i ćpamy endorfiny nałogowo (i legalnie!).


I tak pewnie nie zrozumie tego nikt, kto nie przebiegł chociażby raz w swoim życiu paruset metrów na treningu (nie mówię tu o dobiegnięciu do tramwaju), nikt, kto nie zaznał darmowego narkotyku, jakim są endorfiny, nie poczuł tych emocji, które towarzyszą na imprezach biegowych.
Mówcie co chcecie, ale pewnych rzeczy i emocji nie kupi się nawet za największe pieniądze. Biegacze to wariaci, ale tylko wariaci są coś warci! 

Sobota – 6 września. 
Poranny widok przez okno zaskakująco ponury. Mgła przykryła całe miasto, a uczestnicy biegu siedmiu dolin, 66k oraz 36k już od trzeciej w trasie. Plan na ten dzień był prosty – start w dyszce i kibicowanie tym, którzy rzucili sobie wyzwanie. 


W okolicach godziny dziesiątej zaczęło się robić gorąco. Widoki były zabójcze, ale ale! Życiowa Dziesiątka zaczyna się o 12, samo południe, asfaltowa trasa, zero cienia. 
Dotruchtałam na miejsce startu. Szybka rozgrzewka zorganizowana przez Runner’s World i do stref czasowych. Start się opóźnił, gdyż czekaliśmy na Marcina Świerca, który miał ostatnie 9km do mety. Można powiedzieć, że niewiele, ale kiedy powiemy, „Ma już za sobą 91km”, brzmi to zdecydowanie inaczej.
Po dobiegnięciu mistrza do mety, uczestnicy dyszki zrobili tunel, przez który przechodził najlepszy ultras w Krynicy i ze szczerą radością przybijał wszystkim piątki, ciesząc się jak mało kto.


3,2,1 … start Życiowej Dychy. Biegliśmy z Głównego Deptaka do Muszyny. Aż 1778 osób skąpanych w południowym słońcu ruszyło w pogoni za życiówką, pokonaniem słabości, przebiegnięcia pierwszy raz dłuższego dystansu. 
Ruszyłam ze strefy 50-54minut, jednak nie było szans na mocniejszy akcent, gdyż zwyczajnie w świecie ludzie startowali ze złych stref i był piękny korek przez pół kilometra. 
Trasa dość przyjemna, asfaltowa, z górki, może ze dwa takie tyciusieńkie podbiegi. Słonecznie, a więc można było spokojnie podziwiać widoki. Miałam taką okazję, gdyż od startu zmagałam się z dziwnym bólem pod żebrem, a potem doszła jeszcze kolka, no i załączył mi się tryb bieg-marsz.
Punkt z wodą był na 6km, bardzo dobrze zaopatrzony. W granicach 7km usłyszałam pierwszą karetkę. Nie dziwiło mnie to. Tłum ludzi, duszno, słońce mocno grzeje. Jednak dalsze kilometry zaczęły mnie przerażać. Średnio co 200m stały służby medyczne, ludzie padali. Nie wiem co było przyczyną. Za pewne w dużej mierze, wpływ na zasłabnięcia miała temperatura – jak nic było ze 30 stopni. Jednak nie widziałam jeszcze czegoś takiego, a paręnaście biegów mam już za sobą.
Pod sam koniec, zaczęło padać. To ostudziło trochę atmosferę, lepiej się biegło. 


META – kibice dali czadu. Zawsze lubię mocny finisz, ale już miałam taki skręt żołądka, że jedynie na co było mnie stać to na doczłapanie się. Medal na szyje, banan w rękę i heja do przodu. Jak widać życiowa dyszka nie okazała się dla mnie życiowa, ale daję plus za piękną trasę, odpowiednio zaopatrzony punkt z wodą, szybką reakcję służb medycznych. 
Po biegu na uczestników czekało kilka autokarów, które odwoziły do centrum. 

Po południu miałam okazję gratulować poprzez mocne klaskanie i zdzieranie gardła zawodnikom Biegu Siedmiu Dolin. Od kiedy pierwszy raz kibicowałam koledze na mecie maratonu, każdy finisz jest dla mnie ogromną emocjonalną przygodą. Mam takie ciarki, gęsią skórkę i łzy mi się cisną do oczu, ze mała głowa. Nie wiem czy jest to fakt, że jestem w pełni świadoma ile Ci ludzie wylali potu, łez i krwi nie tylko na trasie, ale też na treningach. Niepohamowana radość, szczęście i uśmiech rozświetlający mrok – tak mniej więcej wyglądali kończący B7D zawodnicy. 
O ile wbiegający mężczyzna był dla mnie herosem, tak wbiegająca kobieta była dla mnie przemistrzem. Nie dlatego, że jestem kobietą i jakoś mocniej kibicuje tej płci. Wynika to z faktu, że kobiety to nie żadna słaba płeć – możemy równie wiele jak i mężczyźni. To jest niesamowite! 

Niedziele – 7 wrzesień. 
Pobudka piata rano. Szybkie śniadanie – na 3 i pół godziny przed startem (nie chciałam, aby powtórzyła się wczorajsza historia z kolką). Niestety w drodze na półmaraton odczuwałam nieprzyjemny ból pod żebrem. Pomyślałam sobie, że pewnie dzisiejszy bieg skończy się zejściem z trasy. Wczorajsze 10km było dla mnie ciężkie, ale nie dla tego, że nie miałam siły w nogach, czy powietrza w płucach, po prostu wymęczył mnie ból.
Postanowiłam więc racjonalnie podejść do tematu. O ile nie zacznie boleć, będę walczyć. Decyzja zostanie podjęta na trasie.
Na starcie było bardzo mało ludzi, a półmaratończycy z maratończykami rozpoczynali walkę razem. Pogoda idealna – zachmurzone niebo, chłód. Odliczanie i … 


RUSZYLIŚMY. Powoli, bez pośpiechu. O dziwo w czasie biegu bólu nie było. Pierwszy punkt z wodą na 2,5km. Szybki łyk i w drogę. Piąty kilometr w dół i rozłączamy się z maratonem – my w lewo, oni prosto. Skończyła się przepiękna, szybka trasa i zaczął się pierwszy podbieg. Na 5,8km minęłam trzeci wodopój. Na 9km był nawrót. Dużo osób pod górkę już szło, a na zbiegu nadrabiało. Trzeba przyznać, że dzięki tym 500m w dół wiele ludzi odżyło. Dalej trasa prowadziła już tylko w górę, lekko w górę i bardzo w górę. 
W okolicach 12km moje uda zaczęły wariować. Nie dawały rady. Głowa jeszcze walczyła, aby tylko nie iść – dobrze pamiętam z maratonu, pierwszy marsz wywoła następne i następne, a w udach zacznie się jeszcze większa masakra niż podczas biegu. Jednak uległam. Biegłam od drzewa do drzewa, tak wydłużałam sobie trasę biegu i skracałam marsz. 


Do 14,5km jeszcze byłam w stanie czasem biec pod górę, tak za zakrętem, gdy ujrzałam Mont Everest półmaratonu, przeszłam w marsz. Z biegu na Radziejową pamiętam jedno – jak nie da się za bardzo biec to idź, szybkim marszem. Będziesz tak samo szybko jak ten, co biegnie, ale nie wyprujesz sobie płuc, a mięśnie będą wdzięczne. I tak było. Ja szłam – marsz, to szybszy to wolniejszy, a obok mnie dziewczyna biegnie – dosłownie wypruta! Na szczycie podbiegu byłyśmy w tym samym czasie. 
Po tym podbiegu mówiłam sobie tylko, aby do punktu z wodą, aby do następnej górki, aby do ostatnich trzech kilometrów. I tak jakoś udało się przebiec ten ciężki moment. 


Potem było już tylko w dół, dół i w dół. Na 20km zaczęło mnie jednak już odcinać, ale wiedziałam, ze to końcówka. Kibice zaczęli szaleć, nie dało się nie biec. Ich okrzyki niosły. Doczłapałam się do mety prawie ze łzami w oczach. Myślałam, że się nie uda, że będę musiała zejść z trasy. Nie musiałam. Ciało przeszło z głową ogromną walkę.
Być może wydaje się to dziwne, ale dla mnie w Krynicy połówka była moim biegiem 7 kryzysów. Pamiętajmy – każdy ma swój cel, każdy ma swoje wyzwanie i gdy jemu podoła jest zwycięzcą. Dlaczego? Bo walczył!
Cała trasa dobrze oznaczona. Punkty z wodą i owocami rozstawione idealnie! Były tak często, że aż się dziwiłam. Żadnej karetki nie słyszałam, a to wpłynęło pozytywnie na mój stan psychiczny (ten syndrom białego fartucha).


Podsumowując te trzy piękne dni w Krynicy mogę powiedzieć jedno – wielkie wiadro emocji. Towarzyszyły mi one przez każdą minutę. Czułam jak co chwilę dostaje dożylnie lek z mieszanką uczuć, emocji, adrenaliny, bólu, łez, wewnętrznych krzyków i radości. 
W Krynicy zostało „napisanych” ponad siedem tysięcy biegowych historii. Każda osoba stworzyła swoją bajkę, mam i ja! Dorzuciłam do mojej jakże jeszcze skromnej kolekcji biegów górskich, dwa Krynickie. Nie były one może, aż tak górolskie – brakowało trochę trailu, dzikości, bliskości natury, ale były mocne podbiegi. Kryterium spełnione. 
Dla jednych postawione wyzwania były proste. Dla mnie chyba nie były, ale nie mam o to do siebie żalu. Słabe czasy wrzucam do kosza. Nie przyjechałam do Krynicy po życiówkę. Przyjechałam by spełnić marzenia. I cieszy mnie to. Nie biegałam od miesiąca, chorowałam, a na dodatek Achilles przypomniał się, że jest. Dlaczego zatem jestem taka szczęśliwa? Przecież ukończyłam bieg w ogromnych mękach z tak beznadziejnym czasem, że pewnie sporo osób powie, „Co za ŻAL!”.
Ale wiecie co? Mówcie sobie co tam chcecie. Ukończyłam. Walczyłam. Gryzłam ziemię. Łagodziłam ból gadaniem do siebie,  „Jeszcze do tamtego drzewa, jeszcze trochę”. Nie poddałam się.
Czy się udało? Nie, w bieganiu nic się nie udaje. To co widać na trasie, zostało poprzedzone jest mnóstwem treningów. A co to dokładnie oznacza? Opowiem Wam króciutko.

Byłam jeszcze małym brzdącem, gdy rodzice zabrali mnie w góry. Tam się zakochałam. W tych widokach, w tym powietrzu, w drewnianej chatce. Na pierwszym roku studiów, czyli ponad dwa lata temu pierwszy raz wyszłam pobiegać. Było zimno, szaro, ludzie dziwnie spoglądali (w sumie to w tej kwestii nic się nie zmieniło). Przetoczyłam się ponad kilometr. Zawirowało mi w głowie - to te endorfiny. 
Gdyby jednak wtedy ktoś mi powiedział, że w ciągu dwóch lat przebiegnę maraton, pewnie kazałabym się stuknąć tej osobie w czoło. Gdyby jeszcze dodał, że będę biegała po górach, na szczyty Korony Gór Polski, pewnie przyniosłabym dodatkowo młotek do popukania się w głowę. Ale jednak. Stało się. Maraton za mną. Radziejowa biegiem zdobyta. Kolejne górskie biegi też pokonane. Postawiony tegoroczny cel, a więc w szczególności połączenie gór i biegania – spełniony. Udowodniłam sobie i tylko sobie, że mogę. Że jak bardzo mocno chcę to jestem w stanie czegoś dokonać. Wiara przenosi góry. Jedne już przeniesione. Teraz stawiam kolejny cel i będę przenosić następne. Aż przeniosę te największe i najcięższe. Wtedy usiądę sobie u ich podnóża i powiem jedno „Zadanie wykonane”.

Tej historii nie zapomnę nigdy. Dzięki bieganiu poznałam siebie, zaczęłam żyć. Zrozumiałam znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Przekroczyłam granicę, które wydawały się grubym murem nie do przebicia. Nie ma rzeczy niemożliwych. Po prostu, niemożliwe nie istnieje. Dwa ważne cytaty torują moją drogę: „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” oraz „Ból jest chwilowy, duma trwa wiecznie”.

A niech mi ktoś powie, że się nie da. To się zawezmę i udowodnię … sobie, że granice są tylko w głowie.